Co z tą Polską, a może co z nami frajerami!

Co z tą Polską ?, a może co z nami „frajerami”?! Największe grzechy ludzi u steru władzy oraz armii pasożytniczych „nietykalnych”.   Zacznijmy od materii sprawiedliwości społecznej, która tak naprawdę […]

Co z tą Polską ?, a może co z nami „frajerami”?!

Największe grzechy ludzi u steru władzy oraz armii pasożytniczych „nietykalnych”.

 

Zacznijmy od materii sprawiedliwości społecznej, która tak naprawdę to nie istnieje w Polsce. Silne grupy zawodowe, organizacje powiązane z władzą wykonawczą, ustawodawczą i sadowniczą  traktują Polskę jak „krowę dojną”. Są jak nienasycone pasożyty które żerując na „państwie” rozwijają się w zawrotnym tępię powodując stopniowy proces „obumierania dawcy”. W RP mamy do czynienia z przekładaniem interesu pewnych wpływowych środowisk nad dobro całego  społeczeństwa. Tworzony jest cały system rożnej formy przywilejów, dla wybranych środowisk.  Te grupy zawodowe, czy środowiska ze świata wielkiej finansjery i biznesu  są jak pijawki „nienażarte” wysysające krew z „organizmu”.

 Nasuwa się pytanie, gdzie w tym kraju do cholery zapodziała się  zwykła przyzwoitość i sprawiedliwość?

Efekt jest taki, że na tą cześć społeczeństwa, która jest traktowana jak „dawca krwi” dla grup pasożytniczych , nakłada się coraz większe  „obciążenia” ( m.in. wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat). Jednocześnie pojawiają się, pozorne i bijące kunktatorstwem, działania rządu na rzecz ograniczenia przywilejów (wydłużono czas pracy służb mundurowych od 1 stycznia 2013, ale tylko nowo zatrudnionym, nie likwidując proceder pompowania pensji przed odejściem aby uzyskać jak największa emeryturę).

W przypadków górników czy rolników przekładane są projekty ograniczeń przywilejów tych grup, prowadzone są konsultacje społeczne, wszystko zawieszone jest w “próżni niemocy”, kolejne rządy stronią od podejmowania prób jakichkolwiek ograniczeń przywilejów panicznie bojąc się konfrontacji z silnymi związkami zawodowymi i lobby. W grę wchodzi utrata znaczącego elektoratu czy spektakularne manifestacje, które mogą obniżyć poziom poparcia rządzących (uwidaczniający się w sondażach).

Skala kierowania szerokich strumieni pieniędzy, na „uprzywilejowane środowiska”, pochodzących od wy-drenowanego całego społeczeństwa polskiego, poprzez system ściągania danin społecznych  (w formie podatków para-podatków itp.) jest ogromna.

Przykładowo górnicy mogą przejść na emeryturę po 25 latach pracy,  każdy rok liczy się jak 1,8 roku pracy przy obliczaniu „upragnionej” emerytury. Górnicy skamlają, “płaczą nad swoim losem” jednocześnie śmiejąc się pod nosem jak tylko opinia publiczna nie patrzy (wracając z wysoka emeryturą do pracy w firmach zewnętrznych, mając emeryturę  + wypłatę). Jest zdecydowanie w Polsce masę zawodów o wiele bardziej ”ciężkich” i niebezpiecznych pozbawionych przywilejów, np.  w formie  składowych wynagrodzenia  (trzynastki, czternastki, piórnikowe itd..) oraz deputatów węglowych. Deputat węglowy,  to dopiero pokazuje skale niesprawiedliwości społecznej, jeden z wielu przykładów, które utwierdzają w przekonaniu iż dochód państwa  polskiego rozdrapywany jest przez  „silne grupy nacisku” ( 10 proc. węgla najlepszego gatunku trafia do górników i emerytów, który jest w 90% przedmiotem handlu, nie obciążanego podatkiem. Tylko w Kompanii Węglowej w ten sposób trafiający na rynek węgiel ma wartość około pół miliarda złotych). Niestety wciąż nie-zdajemy sobie sprawy jak zjawisko “grup pasożytniczych” ma wpływ na rzeczywistość w Rzeczpospolitej, to, że z naszych podatków opłacane są przywileje “nietykalnych” to jedno,  dodatkowo zrzucamy się na ich “super extra emeryturki”, oraz drenują nam głęboko portfele (ceny detaliczne węgla są “astronomiczne”). Społeczeństwu tłumaczy się, że wydobywanie jest coraz bardziej kosztowne, itp. itd. , ale prawda jest tak, że w cenie węgla lwia cześć to pieniądze utopione w  “rozdmuchanych” i opasłych uposażeniach i wynagrodzeniach górniczych. Rynek węgla jest „oryginalny”, “nie dopuszcza się zbytnio do głosu” inne nośniki energii, w tej specyficznej branży wolny rynek “kuleje”, ogromne kokosy robią na tym pośrednicy (itp.), import węgla nie przekłada się na ceny detaliczne węgla.  Rynek ten jest tak “chory”, że ile by nie był tańszy węgiel za granicą to i tak u nas cena detaliczna się zbliży do krajowej. Na dokładkę należy wspomnieć, że rynek energii w RP opiera się o węgiel (w 90%) a wiec cena węgla kształtuje pośrednio cenę energii elektrycznej.

Rolnicy są traktowani jak grupa „specjalnej troski”, są “rozpieszczani”, “głaskani”, utworzony dla nich specjalny system emerytalny, zadbano aby nie musieli płacić podatku dochodowego, tylko symboliczny podatek rolny. Składki zdrowotne to dla nich abstrakcja, nam tłumaczy się, że oni tacy biedni, że działalność rolnicza ma swoją specyfikę, a KRUS jest „tanim systemem opieki społecznej na wsi”. Co jest śmieszne jeżeli się pomyśli co wspólnego z tą „teorią” mają posiadacze setek hektarów ziemi, czerpiący z samych dopłat z UE potężne profity, płacący żenująco niskie składki na ubezpieczenie społeczne w stosunku do dochodów.

No i co nie mniej ważne jak nie trudno się domyśleć przy wydłużeniu wieku emerytalnego do 67 lat bardzo ulgowo potraktowano rolników, którzy przechodząc na wcześniejszą emeryturę nic na tym nie stracą, w przeciwieństwie do tak zwanych „dawców krwi” lub jak to woli frajerów, którzy muszą zadowolić się  tzw. emeryturą częściową.  Na dodatek dla posiadaczy „statusu specjalnej troski” dorzucono jeszcze jeden kawałek tortu z „pańskiego stołu” wprowadzając zapis w ustawie „około emerytalnej” że dla rolników wiek emerytalny zacznie być podnoszony dopiero za cztery lata. To było by na tyle, jeżeli chodzi o mniej skomplikowane  „grupy pijawek”, dojących w sposób “jednopłaszczyznowy” i mniej zawoalowany budżet naszej „matki polski”.

Przechodzimy do środowisk bardziej “wyrafinowanych” i “subtelnych” w podporządkowaniu aparatu państwa na swoje potrzeby i zaspakajaniu szeroko pojętych interesów, a co za tym idzie bardziej szkodliwych społecznie.

Zacznijmy od  środowisk skupionych wokół władzy sądowniczej.

Sędziowie i prokuratorzy  odmiennie od „plebsu” nie dostają jakieś ochłapy na starość (miesięcznej jałmużny równowartości niekiedy  +_50% średniej płacy emeryta), tylko coś extra (w wieku 55 (kobieta) i 60 lat (mężczyzna) przechodzą w stan spoczynku, otrzymując 75 proc. ostatniego wynagrodzenia. Ustawa podwyższająca wszystkim wiek emerytalny do 67 lat próbuje „namieszać” w ich przywilejach, ale zarazem daje im czteroletni okres ochronny.

Władza sądownicza, niezawisłość sędziego, trój władza (czyli wzajemne uzupełnianie się, “patrzenie sobie na ręce”– model organizacji funkcjonowania państwa, zgodny z „duchem Monteskiusza”),  to pojęcia  z założenia mające być elementami demokracji. Ale to nie znaczy, że mają wyłączać odpowiedzialność sędziów  m.in. z pod władzy administracyjnej.

Środowisko sędziowskie nie może tak „interpretować”,  przepisy ustawy z 27 lipca 2001 r. prawo o ustroju sadów powszechnych (DzU z 2001 r. nr 98, poz. 1070 ze zm.) oraz treści innych,  by zablokować wszelakie próby lustracji w przypadku stwierdzenia istotnych uchybień w działalności administracyjnej sądu. Dlatego organ powołany do tego przez ustawę, musi mieć prawo zarządzić lustrację w sądzie w oparciu o akta prowadzonych przez sądy postępowań.

Bardzo szkodliwym społecznie (i dla struktur państwa) są różnej maści kasty,  choćby   urzędnikosędziowie, oraz nasilanie się przypadków naruszania prawa obywatelskiego i porządku prawnego Rzeczypospolitej. Jak szkodliwe mogą być takie praktyki ,pokazał przykład, ujawnionych rażących uchybień z zakresie nadzoru,  gdańskiego sądu okręgowego nad sprawą Amber Gold. Widzimy tu przykład kulejącego wewnętrznego nadzoru nad działalnością administracyjną sądów (konkretnie na obszarze okręgu gdańskiego). Oraz powielające się w kraju bierność rzecznika dyscyplinarnego (który ma możliwość wszcząć postępowanie dyscyplinarne i skierować sprawę do sądu, co może skutkować nawet usunięciem z sądownictwa,  ale to tylko teoria bo z reguły wśród „braci sędziów” jest „wielka przyjaźń i  wzajemne poszanowanie” do tego stopnia, że nigdy sobie nie dają „krzywdy zrobić” i z reguły kończy się na upomnieniu). Kiedy przyjrzymy się środowisku urzędnikosędziów na usta ciśnie się zwrot „sitwa”. Zaczyna nas również wcale nie dziwić (ale dalej poruszać) reakcja  (byłego już) prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku sędziego Ryszarda Milewskiego na „sfingowany telefon” do niego od osoby podającej się za pracownika kancelarii premiera.

Okazuje się, że nie rzadko ludzie z kręgów  „sądownictwa pałacowego” (sędziowie delegowani do  resortu sprawiedliwości) po „twórczej i pożytecznej społecznie” misji z racji swoich osiągnięć w nagrodę dostają  często stołki prezesów czy wiceprezesów sądów.

Z kolei prokuratorzy w kraju nad Wisłą co róż dają pożywkę prasie swoją biernością i nie rzadko kłującą w oczy nieporadnością.

Prokuratura „trzęsie się w posadach” co nad wyraz ukazała afera Amber Gold, niezależni i obiektywni eksperci zgodnym chórem nawołują do reformy. Rozdzielenie urzędu prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości nie wiele da, dopóki prokurator generalny nie będzie dysponował skutecznymi „narzędziami” zapewniającymi nadzór służbowy. Prokurator Generalny powinien mieć pełną niezależność nie tylko od sfery polityki ale również od nacisków środowiska prokuratorskiego, powinien działać „podobnie” jak „regulator” (coś na kształt np.  UOKiK) występować w roli bezstronnego „arbitra”.

Do tego niezbędna jest gruntowna wewnętrzna reforma usprawniająca odpowiedzialność dyscyplinarną, lepszą organizację, polepszenie samej „atmosfery” w prokuratorach poprzez „wbicie do głów etosu pracy”. Urząd ten ponosząc odpowiedzialność przed Sejmem i przedstawiając raporty musi zarazem mieć szeroki wachlarz możliwości dyscyplinowania i nadzoru. Do zastanowienia jest kwestia przez kogo ma by wybierany prokurator generalny czy przez Krajową Radę Sądownictwa, czy przez Krajową Radę Prokuratury? („swoi będą wybierać swoich”).  Należy pamiętać, że przy omawianej powyżej propozycji należy się liczyć z rozszczelnieniem ustalonego konstytucyjnie układu  na szczeblach władzy. Realizacja tej koncepcji wymaga nadanie prokuraturze niezależnej pozycji w strukturze władzy, co wymusi „raczej” nowelizacjie ustawy zasadniczej.

Adwokaci i radcowie prawni zabezpieczeni gwarancjami cechu to nie lada „ro-spasione koty”, te to mają życie.                                                                                                                                                                                                                                                                                        Tak zwani „rasowi prawnicy” (sami się tak nazywają) zasypują środki masowego przekazu artykułami tak podającymi jednostronnością i wąskością poglądu, że aż się niedobrze robi. Zawsze nas raczą tymi samymi „bzdetnymi” tekstami, w stylu „tylko zamknięte zawody dają bezpieczeństwo klientom”.

Korporacje nie dają i nigdy nie będą dawać rękojmi  jakości świadczonych usług. W takich strukturach tworzy się hermetyczne środowiska w których dominuje indolencja (dobitnie to potwierdzają statystyki: coraz bardziej mizerny poziom skarg kasacyjnych, 1441 odmów w 2010 r.). I to wszystko „serwowane” na koszt „zakręconego” klienta, skłonnego dawać się doić z kasy, mając głowę pełną wciskanych kitów (w stylu tak bywa, tak to już jest, nie da się niektórych spraw przeskoczyć itp.). Wszystko rozgrywa się pod „parasolem przymusu adwokackiego”.

Sami „rasowi bohaterowie” niejednokrotnie potrafią wynieść się na wyżyny swojej niekompetencji, w sposób tak spektakularny, że aż człowiekowi „scyzoryk otwiera się w kieszeni” ( na duża skale występują przypadki przegranej sprawy, bo adwokat czy radca prawny nie uwzględnił obecnego stanu prawnego). Takie układy betonowe nazywane formalnie korporacjami służą przede wszystkim  potrzebom członków.

Nasuwa się pytanie czy, w świecie korporacji, (“na rynku usług prawniczych”)  pozbawionego prawideł konkurencji,  kiedykolwiek wystąpią tak pożądane zjawiska jak dywersyfikacja cen, czy swoboda wyboru miedzy zwykłym doradcą prawnym, a „rasowym prawnikiem” ( który musiał się znacząco „napocić” aby wypłynąć i zachować renomę na trudnym w pełni „konkurencyjnym rynku”). Po rozbiciu „betonu” korporacji nie będzie tak łatwo, wcisnąć kit, dla przykładowo emerytki, mówiąc jej, że takie już są ceny ( z sufitu wzięte) i naciągnąć ją na nieadekwatne koszta w stosunku do usługi (np. za prostą poradę).

A co z powszechnym dostępem do pomocy prawnej?

Tutaj aż się prosi o reformę systemu opieki prawnej z urzędu. Każdy zainteresowany w Polsce wie jak nędznie wygląda realizowanie prawo do pomocy prawnej zarówno na płaszczyźnie karnej, cywilnej, jak i administracyjno-sądowej. A  pomoc prawna przedsądowa i pozasądowa dla ubogich to już „całkowita porażka”.

Tak naprawdę nie istnieje system pozasądowej bezpłatnej pomocy prawnej, mimo iż od dziesięciu lat politycy zmagają się nad jego stworzeniem, z marnymi efektami. Produkują tylko projekty, które trafiają do szuflad ministerskich (pierwszy projekcik, z grona pięciu efektów końcowych “wypocin” ministerstwa sprawiedliwości, powstał już w 2005).

Pomysły wyglądały nawet nieźle, fajnie brzmiały jako hasła wyborcze: “utworzenia specjalnych biur niosących pomoc prawną,  bony dla osób udzielających porad prawnych”. Niestety kiedy przychodził czas uchwalania projekcików na drodze stawał problemem pieniędzy na realizację tej pomocy w praktyce. Do dzisiaj Ministerstwo Sprawiedliwości szuka środków na ten cel, życzyć  można tylko udanych poszukiwań, może w końcu się znajdą pieniądze wpompowane beztrosko w np. uprzywilejowane grupy zawodowe.

W Rzeczpospolitej, zatrzymany, ma niby prawo do adwokata, w praktyce tak różowo nie jest. Policja kieruje się tak „popapranym podejściem”, że aż woła to o pomstę do nieba. Ubzdurała sobie, że zatrzymany ma prawo do kontaktu z adwokatem dopiero przy podjęciu jakiejś czynności procesowej.  Czyżby funkcjonariusze nie czytali w sposób zrozumiały art. 245 § 1 Kodeksu Postępowania Karnego (przepis obowiązuje15 lat). Nie jest to żadną tajemnicą, że ważne dla całej sprawy są pierwsze chwile po zatrzymaniu osoby podejrzewanej (jeszcze nie podejrzanego) o dokonanie przestępstwa. Nie wiadomo dlaczego taka durnota ma miejsce. Jeżeli państwo chce gwarantować zatrzymanemu prawo do pomocy prawnej to niech tak będzie, albo uchyli art. 245 kpk. i wtedy wszyscy będą szczęśliwi żyjąc w “praworządnym kraju”.

Nie można pominąć tego co się w sadach często dzieje na co-dzień. Ci co mieli ostatnimi czasy przyjemność skorzystania z usług jakie nam zgotowały sądy powszechne, wciąż dochodzą do siebie po „poruszających” przeżyciach. Przygoda z sądem RP nierzadko zaczyna się od przeczytania  wokandy w gmachu sądu,  z niej dowiadujemy się, że w jednej sali  sądzić będzie kolejno kilka składów,  sprawy wyznaczono co minutę. To nie koniec elektryzujących przeżyć, na swoja sprawę czekamy często ponad godzinę. Na koniec sąd może nam zafundować  „jeszcze jedną “miłą niespodziankę”  w postaci odebrania obywatelskiego prawa do bezpośredniego kontaktu z sędzią, podczas ogłaszania orzeczenia, każąc zgłosić się po kilkugodzinnym oczekiwaniu po odbiór  „pisemka  w sekretariacie”. Ale, by zatrzeć „mylne odczucie”, że sprawy w sadach są tak „ekspresowo załatwiane” należy wspomnieć, że na dużą skale występują przypadki ciągnących się przez lata procesów, wynikające tylko z „kalectwa systemu” i nieudolności władzy sadowniczej.

Wymiar sprawiedliwości niestrudzenie ściga podpitych bicyklistów, babuszek zbierających chrust w lesie, ewentualnie działkowców u których powiew wiatru spowodował pojawienie się kilka roślinek maku na działce itp.. Ale za to ucieka gdzie pieprz rośnie, od skomplikowanych spraw mafijnych i gospodarczych, a jeżeli już jakaś „magiczna siła” ich do tego zmusi, to sprawy ciągną się często latami z trudnymi do pojęcia skutkami (m.in.: Łagodne wyroki w procesie, członków gangu pruszkowskiego, który trwał od kwietnia 2006, dwóch przywódców zostało uniewinnionych, . W uzasadnieniu warszawski sąd stwierdził, że analiza materiału dowodowego przesądziła o przegranej prokuratury).

Teraz należy pochylić się nad „oświatą”.

Nauczyciele maja znaczną siłę przebicia u rządzących, w arsenale maja takie asy w rękawie jak półmilionowy elektorat, czy duże swoje przedstawicielstwo w szeregach Platformy Obywatelskiej. Widzimy aktualnie spektakl przymiarek do podgryzania przywilejów tej grupy zawodowej. Prowizoryczne posunięcia na potrzeby zamydlenia oczu opinii publicznej, to są tak naprawdę pomysły nieznacznej modyfikacji przywilejów  (takie jak m.in.: wydłużeniu tygodnia pracy z 18 do 20 godzin i skróceniu płatnych urlopów do 52 dni czy ograniczeniu urlopów na poratowanie zdrowia). Temat całkowitego zniesienia Karty Nauczyciela pozostaje w dużej mierze tematem „tabu”. W oświacie jaki w innych ważnych obszarach społecznych brakuje tzw. strony społecznej (silnej organizacji mającej realny wpływ nad rządowymi przygotowaniami rozwiązań systemowych, ogólnokrajowej w postaci np. dużej fundacji czy wpływowego stowarzyszenia z odpowiednim „zapleczem” naukowym i prawnym).

Mamy w Polsce stworzone pozory państwa praworządnego i stojącego na straży praw obywatelskich, oraz ewidentny brak  stron społecznych zdolnych wymóc pewne zmiany. Zmieniają się rządy zmieniają się frazesy i  hasła wyborcze którymi „karmi się społeczeństwo” ale żaden gabinet dzierżący ster władzy nawet nie pofatygował się aby stworzyć „silne struktury państwa obywatelskiego” poprzez „utrzymanie życia” np. instytutów resortowych (obecnie nie istnieją w debacie publicznej),  na dodatek zaniechano zupełnie jakichkolwiek działań na tym polu. Wydaje się  że dobrym rozwiązaniem mógłby być chociażby  ośrodki, które monitorowałyby zarówno tworzenie, jak i realizację prawa (np. oświatowego) oraz skupiały ekspertów niezależnych, niezwiązanych blisko z samorządem, związkami czy administracją rządową.

Dlatego debata publiczna nad zmianami w szkolnictwie przybiera postać karykaturalną. Spotykają się przy stole strona administracji rządowej i administracji samorządowej  oraz silne związki zawodowe, a ci co najbardziej ponoszą skutki wadliwie funkcjonującego prawa o znamionach niesprawiedliwości społecznej, – czyli m.in. rodzice, – nie biorą udziału w dyskursie publicznym na temat oświaty.

Efekt jest taki że, „rząd sobie, samorząd sobie, związki zawodowe sobie”, a obywatele zostają jak zawsze wycackani. Kończy się tak jak w przypadku niepełnosprawnych dzieci, które traktowane są jak “kula u nogi” przez szkoły i samorządy, jak źródło subwencji , (z których niejednokrotnie okradane są dzieci, ponieważ np. samorząd uznał, że pieniądze zamiast na dzieci  wyda na opłacanie anachronicznych  przywilejów nauczycieli wynikających  m.in. z Karty Nauczyciela. Dlatego konieczna jest zmiana subwencji na uczniów niepełnosprawnych w dotację).

Tworzy się przepisy nieprzejrzyste, nie-doprecyzowane, co powoduje, że są uznaniowo interpretowane  i zamiast służyć obywatelom „przysłużają się” łamaniu praw i wolności jednostki (brak precyzyjnych przepisów w dużej mierze powoduje  nie-respektowanie podstawowych zasady państwa prawa). W czasie egzaminów w procesie rekrutacji do szkół i uczelni publicznych dochodzi do sytuacji, że oceny są wystawiane na podstawie niejasnych i nieprzewidywalnych kryteriów, co daje możliwość „manipulacji” w wynikach egzaminów, a to dlatego, że przepisy (akurat te powinny być zawarte w ustawie nie rozporządzeniu) są wielka fuszerką, pozbawioną precyzyjności i szczegółowości, nie zawierającą prostych wskazówek co do odczytania merytorycznej treści.

 W RP nauczyciele przeszli proces transformacji przeobrażając się w„święte krowy” . Bardzo pazerna odmiana “pijawek”, doją budżet państwa, i pustoszą „skarbce samorządowe” bez jakichkolwiek zahamowań. Karta Nauczyciela „pilnuje” aby czuli się jak „na wczasach” wolni od „nadmiernych” obowiązków i wyzwań. Beztroską sielankę jaką „wywalczyli” polscy nauczyciele budżetowi nie ma równych na świecie. Niemiłosiernie rozpasani przez przywileje, szczelnie zamknięci pod ochronną kopułą Karty Nauczycielskiej nie ustają w roszczeniach i za zwiększaniem skali nabijania kabzy za pracę w stylu „Czy się stoi, czy się leży, średnia się należy”.

Z reguły niegospodarne i zadłużone samorządy wiedzą, że w pierwszej kolejności należy „zadowolić uprzywilejowanych”. A niech spróbują nie zapewnić nauczycielom w trakcie roku średnich pensji, w grę wkracza Karta  (zgodnie z art. 30a Karty Nauczyciela od 2009 r. samorządy muszą w styczniu wypłacić dodatek uzupełniający). Dodatek „de-motywujący” dostają wszyscy, niezależnie czy na co-dzień są osiągalni czy od dawien dawna nie zawitali w gmach szkoły (byli na urlopie dla poratowania zdrowia, czy na długim zwolnieniu), czy pracują czy nieudolnie próbują udawać że pracują (dostają go zarówno ci, których miesięczne wynagrodzenie przewyższało średnią, jak i ci, którzy jej nie osiągnęli).

A niech się spróbuje wyrwać z “kosmosu” jakiś” dyrektor z racjonalnym i zdrowym podejściem do jakości i wyników pracy podwładnych,  odbierze słabemu nauczycielowi dodatek motywacyjny, to samorząd z “podkulonym ogonem” wyrówna mu stratę, wypłacając czternastkę. (Z kolei dodatku nie otrzyma ten, kto dobrze pracuje i otrzymał za to nagrodę od ministra edukacji lub kuratora. Powód – zawyża średnią). Możliwości kontrolowania jakości nauczania zostały sprowadzone do farsy. Tak zwane „raporty  z ewaluacji szkół” mające określić mocne i słabe strony danej placówki są niczym innym jak „wyimaginowanymi przechwałkami” podanymi przez nauczycieli i dyrekcję na potrzeby raportu, wpisywanymi bezmyślnie, do „sprawozdań” bez obiektywnej ich weryfikacji w braterskiej atmosferze przez ewaluatorów. Pracownicy kuratoriów oświaty wizytujący szkoły nie odnotowują natomiast osiągnięć uczniów na egzaminach zewnętrznych, rankingach, olimpiadach przedmiotowych.

Nauczyciele żyjąc sobie w swoim „radosnym folwarku” co róż powiększają pogłowie “świętych krów” (mimo niżu demograficznego i zamykania szkół liczba nauczycieli nie maleje) oraz coraz bardziej “napełniają korytka” (rząd zaplanował kolejne podwyżki dla nauczycieli).

O potrzebie wprowadzenia zmian w systemie zarządzania oświatą (zarządzania szkołami i przedszkolami publicznymi), oraz zasad  finansowania niepublicznych placówek oświatowych  „mieli się jęzorem”, w powoływanych przez resort  zespołach roboczych, od lat,  ale nic z tego nie wynika. Wszelkie próby obejścia  Karty Nauczyciela są torpedowane przez lobby „nietykalnych”. Nauczyciele nie chcą nawet słyszeć o planach łączenia szkół tego samego typu oraz  przekazywaniu szkół publicznych np. stowarzyszeniom (obecnie można to zrobić, ale jedynie w małych szkołach, liczących do 70 uczniów).

Po cichu silne lobby nauczycieli w kuluarach resortowych „załatwia wyrzucenie do kosza”  planów łączenia przedszkoli i szkół nie-mających wspólnej siedziby w grupy (pojawiają się kolejne wersje projektu nowelizacji ustawy o systemie finansów publicznych pozbawione tego „tak niedobrego dla pijawek pomysłu”).

Zaciekły opór przed wdrażaniem reform w oświacie stawiają dyrektorzy szkół publicznych. Stoją na czele barykady swoich niesprawiedliwych i szkodliwych społecznie przywilejów, wyróżniając się w sabotowaniu reformy w oświacie. Przekonał się o tym również Ośrodek Rozwoju Edukacji (agenda podległa Ministerstwu Edukacji), poruszony skalą patologicznych zjawisk w materii zarządzania oświatą. „Bagno w jakim pogrążona jest polska oświata” jest bardzo głębokie. Wystarczy przytoczyć kilka faktów z beztroskiej sielanki dyrektorów „folwarków świętych krów”. Okazuje się ze to m.in.  model ich pracy niweczy wiele reform wdrażanych w oświacie. W większości od „narybku hodowani”, w tej samej placówce, na rasowego „nauczycielo-dyrektora” popadają  w skostniały układ zarządzania (dyrektor kierujący szkołą ponad 8 lat to wręcz norma, , a co siódmy – co najmniej cztery kadencje). Według nich sztuka zarządzania to umiejętność pogłębiania niesformalizowanych relacji pomiędzy organem prowadzącym placówkę szkolną, ( czyli najczęściej gminą), a nimi. Wysoki poziom niesformalizowanych relacji, wyłazi na jaw w statystykach  (w co piątej gminie wiejskiej konkursy na dyrektorów szkół w ogóle się nie odbyły, a stanowiska zostały powierzone).

Aż prosi się o zmiany odpowiednich rozwiązań legislacyjnych dotyczące statusu zawodowego dyrektorów szkół  (chociażby np. takich:  żadnych wyhodowanych swoich „narybków”, odcięci od „życiodajnej” Karty Nauczyciela, mający studia menedżerskie aby coś w główce z zakresu zarządzania było i maksymalnie stołeczek na dwie kadencje).

Pamiętajmy aby nie dać sobie wmówić demagogie jaką szerzą nauczyciele, często aby poprawić swój wizerunek i usprawiedliwić negatywne zjawiska jakie występują w oświacie “spłycają” i “rozwadniają” temat, opowiadając zainteresowanym m.in., iż zarobki nie są na tyle wysokie aby przyciągały “tłumy chętnych”, co jest totalną  bzdurą, dowodem na nieprawdziwość tej tezy jest ogromne zainteresowanie pracą w szkołach publicznych  i niepublicznych (w których nie obowiązuje Karta Nauczyciela a zarobki są zdecydowanie niższe).

Kiedy przychodzi do konkretnych działań, często obudzeni z „głębokiego snu pozornej pracy”, nierzadko nieporadni i przerażeni, (z „szczerością” ukazują swoją nieudolność),  przyznając, że nie radzą sobie z organizacją konkursów na sprzęt w ramach „Cyfrowej szkoły” , z powodu nieznajomości procedur przetargowych i warunków, jakie ma spełniać sprzęt. (Blisko 70 przetargów z około 200 na sprzęt zostało unieważnionych). Zazwyczaj niekompetencje dyrektorów szkól wykorzystują przy rozpisywaniu przetargów firmy IT.  Zupełnie “zieloni”, nieporadni w tej materii dyrektorzy są często manipulowani i naciągani, jak dzieci, przez firmy szukające sposobu by szkoły wybrały ich sprzęt. (sygnałami o nieprawidłowościach zajęło się CBA).

Rola rodziców w szkołach jest coraz bardziej spychana na margines, nasila się przejaw niechęci dyrektorów w stosunku do nich.

„Nietykalni”  z coraz większą pasją bronią się przed objawami jakiejkolwiek ingerencji w swój “beztroski folwark”, często mając gdzieś dobro uczni, skupiając się wyłącznie na utrzymaniu „farsy szkoły”. Dochodzi do rażących naruszeń prawa,  z jednej strony wymuszane są pieniądze (na darowizny którymi dyrektor może swobodnie dysponować) z drugiej odrzucana jest finansowa pomoc rodziców z konta rady. Zazwyczaj  nauczyciele nie chcą przyjąć do wiadomości, że zgodnie z ustawą o systemie oświaty rada rodziców gromadzi fundusze na podstawie regulaminu  z dobrowolnych składek oraz innych źródeł. Dodatkowo ustawodawca nie przewidział, że rada jako organ szkoły nie ma jednocześnie osobowości prawnej i nie jest organizacją pozarządową, co sprawia, że ma nawet trudności z założeniem konta bankowego. Nierzadko dyrektorzy traktując siebie jak „autorytarnych Panów folwarku”, ingerują w wybory do  rady, narzucając swoje kandydatury (zgodnie z art. 53 uso wybory są tajne). Są tak bezczelni w łamaniu przepisów i w swoim widzimisię, że dochodzi często do takich sytuacji, iż sami prowadzą zebrania rady rodziców, a jej regulamin opracowują nauczyciele. Mało tego, zdarza się, że kiedy pojawiają się patologiczne zjawiska, (np. notorycznie powtarzający się stan odurzenia alkoholowego u nauczyciela i nikt tego nie dostrzega) –  radzie uniemożliwia się złożenia wniosku o ocenę pracy tegoż nauczyciela (zgodnie z art. 6 ocena może być dokonana m.in. z inicjatywy rady).

Aż “szlak  trafia” człowieka jak widzi, iż w Polsce tak trudno przeprowadzić, zrealizować, przepchnąć do końca, pożyteczny społecznie projekt rządowy. Indolencja, pozorne działania, ucieczka od obowiązków fundują nam kolejną farsę.

Oto jak próbuje się wprowadzić „ kosmiczny projekt” wprowadzający cyfralizacje do szkół” –  Zaczęło się od 2008r. – zapowiedź programu „Komputer dla każdego gimnazjalisty”. Premier zapowiada program „Komputer dla każdego ucznia” który upadł. 2009 – do rączek uczniaków mają trafić pierwsze upragnione komputerki. 2011  – zapowiedź programu „Laptop dla każdego I-klasisty”. Końcówka 2011r. – rząd zapowiada program „Cyfrowa szkoła”. Marzec 2012 – pilotaż przyjęty przez Radę Ministrów. Szkoły mają być wyposażone w komputery dla uczniów do klas 4 – 6. Marzec 2012 Michał Boni, m.in. ogłosił że sprzęt w szkołach będzie w październiku tego roku.

Z kolei z taką pompą nagłaśniany wielki projekt e-podręczników dostał wielkiego poślizgu, i powoli zapowiada się, że będzie wielką klapą ( e-booki prawdopodobnie trafią do szkół dopiero w 2015 roku).

Obiecanki cacanki a realia w Polsce swoje.  Przychylność i aprobata społeczna e-podręczników jest wielka (cieszą się uczniowie i rodzice), ale co z tego jak nie jest to pomyśli niektórym wąskim grupom interesu, a że w naszym kraju one się najbardziej liczą  a nie dobro społeczne, to mamy znowu sytuacje, że wszystko idzie jak po grudzie.

Ile było obietnic, sypały się jak z rękawa, a to zapowiadał MEN że e-podręczniki, miały trafić do uczniów i nauczycieli w 2013, a to za dwa lata uczniowie od klasy czwartej do maturalnej mieli mieć dostęp do 18 podręczników. Wszystko zaczęło przyjmować zły obrót jak wydawcy zaczęli projekt  torpedować rożnymi możliwymi sposobami (bojkot konkursów, skargi na wybór wykonawców, czarny PR itp.). Wydawcy podzielili się rynkiem tworząc nieformalne nierzadko powiązania ustalające sztywno ceny i narzucając swoje publikacje poprzez docieranie do szkół w celu współpracy z nauczycielami, która niejednokrotnie przybierała formę „zachęcania do takiego a nie innego wyboru książek poprzez gratyfikacje”.

Wydawcy “biją wielka kasę” na tym procederze,  bo od czasu reformy edukacji w 1999 r. na-zmieniało się tych całych podstaw programowych bez liku, co narzucało nowe książki. „Wybrani wydawcy”  coś na kształt – „karteliku”, używając różnych forteli (drobne zmiany książek tego samego autora, „poprawianie” podręczników, „łączenie z ćwiczeniami” itp.), z roku na rok drenowali coraz bardziej portfele rodziców.

Na e-podrecznikach strącą „określeni wydawcy” i nauczyciele, jedni “wielka ciapę jaka robią” na tym procederze  a drudzy tak zwane „profity” (od lat szkoły i nauczyciele dostają od wydawców sprzęt, opłacane wyjazdy na konferencje za granice, wizyty w teatrze), i  głęboko gdzieś mają rodziców, którzy muszą  “wykopać z pod ziemi” od 500 zł do 1000 tys. zł (przy  jednej czy dwóch pociechach) na same tylko podręczniki. A w ogóle już nikt nie-pomyślał o tym, że prze-sto budżet państwa (czyli wszyscy podatnicy) jest ogołacany bo musi dopłacać nadmierne sumy do tzw. wyprawek szkolnych.

Rozwiązaniem problemu z rozjuszonym „krwiopijnym” biznesem skupionym wokół “określonych wydawców” (którzy atakują z zacietrzewieniem, lub z typowym zakłamaniem „skamlają” i „fałszywie płaczą” skarżąc się do, np. Komisji Europejskiej, ale także do UOKIK, NIK i Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, na swój „biedny pasożytniczy los”) – miała  być decyzja minister edukacji, że w konkursie na e-podręczniki mogą wystartować tylko uczelnie wyższe. Co nie trudno sobie wyobrazić zaczęły być wysyłane pogróżki, kierowane do uczelni wybranych do realizacji projektu (m.in. do rektora Uniwersytetu Wrocławskiego).

Aktualnie prace idą niestety ślamazarnie u tak zwanych partnerów  technologicznych, wybranych przez  Ośrodek Rozwoju Edukacji w projekcie e-podręczniki (niekończące się negocjacje, zasypywanie się pisemkami np. o wytyczne, opóźnianie podpisania umów).

Na dodatek mamy te “nieszczęsne” wsteczne polskie uczelnie. Wyrywają sobie nawzajem łup jakim jest dla nich potencjalny student, za którym idzie dotacja. Im więcej studentów tym więcej “ciapy”. Miedzy innymi prosty a jakże szkodliwy algorytm  MEN spowodował agonie szkolnictwa  wyższego. Proceder jest wygodny dla  kadry uczelni wyższych,  nie muszą się wysilać, nie zwracają zbytnio uwagi na jakość nauczania, mogą „wpaść na chwile” (“wykładowcy”) do kilku uczelni, w każdej zgarniając potężną kasę w stosunku do czasu spędzonego w danych szkołach i nakładu pracy, zapominając o jakimkolwiek zaangażowaniu i  nie traktując poważnie swojej pracy i studentów. Dla picu wymyślane są jakieś „progi rekrutacyjne” (minimalna liczba punktów niezbędnej do zakwalifikowania), które później traktuje się z przymrużeniem oka.

Pomogła by niewątpliwie m.in. w zminimalizowaniu tego „syfu” na uczelniach zmiana algorytmu tak aby promował jakość nauczania (wskaźniki jakościowe), przy odpowiednio stworzonych, nie schrzanionych, przepisach, ale na razie nikt do tego zbytnio się nie pali. Ale aby zmiany nie zamieniły się w następną farse (pozorowane działania), mierniki, które pokazują stopień realizacji ustalonych zasad wydawania pieniędzy na szkoły wyższe muszą być sprecyzowane i szczegółowe, muszą być ujęte konkretne zadania, inaczej będą to grube opasłe tomy wypocin urzędniczych ( bełkot w stylu: o poziomie szkół ma decydować: m.in.   poziom terminowego, zgodnego z przepisami przekazania subwencji co jest śmieszne bo terminy wynikają z przepisów prawa).

Państwowe uczelnie, z wybudowanymi pięknymi gmachami i komfortowymi warunkami pracy stworzonymi  z kasy UE nie przykładają się za bardzo do prób uzyskanie międzynarodowych akredytacji, które zapewniłyby im rekrutację zagranicznych studentów i zmniejszyły straty z powodu „niżu demograficznego”, wolą obniżać jeszcze bardziej i tak śmieszne progi rekrutacyjne na studiach dziennych. Często nie są w stanie “ruszyć tyłków”  (z odciskami od „nic-nierobienia”) swoich pracowników, by zaczęli zabiegać o międzynarodowe granty i publikacje w prestiżowych czasopismach, sprowadzając m.in. przez to naszą naukę i szkolnictwo wyższe do poziomu  peryferyjnych przedmieść nauki światowej.

Można wiele zarzucić środowisku nauczycielskiemu ale nie to, że nie ma żyłki do kombinowania (“totalnego oszustwa”)  i potrafi szybko roztrwonić pieniądze podatników. Pokazali na co ich stać, że maja w sobie „ducha przedsiębiorczości” na przykładzie procederu “edukacji wirtualnych uczniów” w niepublicznych szkołach dla dorosłych. Nie jeden naciągacz mógłby się wiele nauczyć „przedsiębiorczego cwaniactwa” od tej grupy zawodowej. Począwszy od handlu danymi osobowymi, poprzez wyłudzanie subwencji oświatowych czy fałszowania dokumentacji (państwo traci na tym procederze każdego rok miliony).  Administracja  rządowa, samorząd oraz związki zawodowe nauczycieli  ubolewają (zalewając się łzami) że nie ma wystarczających środków na oświatę. A tu się okazuje pieniędzy by było o wiele więcej gdyby nie niegospodarność aparatu, który przez wadliwe przepisy podnosi koszty działania państwa. Jest to nic innego jak przykład nieprawidłowego funkcjonowania system rozdzielania „dobra”, jakim jest bezpłatna nauka.

Okazuje się, że aby interes się kręcił wystarczy wyłapać „duszyczki” aby się zapisały się do szkoły i pojawiły się raz w semestrze a zgodnie z ustawą samorząd musi dotować tych „uczniów”. Nikt nie sprawdza ilu uczniów rozpoczynających edukację kończy cykl, ilu zdaje egzamin maturalny czy egzamin zawodowy. Rozmiar i powagę tej patologii pokazuje przykład postępowania dyrektora i właściciela szkoły niepublicznej ze Słupska, jego „duch przedsiębiorczości” stał się już legendą.  W niespełna półtora roku wypłacił sobie 1,2 mln zł pensji, umowę zawarł sam ze sobą (po ujawnieniu afery z naszym „bohaterem”, okazało się że po kontrolach w niepublicznych szkołach dla dorosłych w Słupsku, m.in.  jednej ze szkół brakowało 750 uczniów, na których pobrano dotację). Można tak wymieniać bez liku mniej lub bardziej widowiskowe przypadki oszustw (np. w Wrocławiu jedna „obrotna pani, była dyrektorem w kilkunastu placówkach, znalazła się również bardzo „rozrywana” słuchaczka którą zapisano w 20 szkołach). Pojawia się pytanie a co z nadzorem, kuratorium podobnie jak większość polskich urzędów funkcjonuje pewnie zgodnie z zasadą, iż istnieje tylko po to aby generować dla siebie miejsca pracy, stwarzając pozory realizowania nałożonych na nie obowiązków (nie mając głowy do jakiś tam kontroli).

Przepisy ,które ograniczyły by możliwość zapisywania się do nieograniczonej liczby szkół i łączenia tego typu edukacji ze studiami, do dzisiaj nie zostały wprowadzone. Ale przecież rząd jest zajęty snuciem politycznych wizji i wymyślaniu chwytliwych niusów do masmedii, „robiąc sobie jaja” z opinii publicznej twierdząc, że walczy z tym procederem dając samorządom prawo kontroli tych szkół.

Przechodzimy do naszych “ulubieńców”, nie trudno zgadnąć, że mowa o politykach.

Oni to maja życie, w naszym kraju nikt ich nie przebije w przywilejach. Przy przywilejach parlamentarzystów każde inne „wymiękają”, wystarczy przytoczyć kilka aby się o tym przekonać, np. takie jak: darmowy transport, dopłaty do mieszkania, tanie pożyczki czy immunitet chroniący nawet przed mandatem drogowym. Są najlepsi w gołosłownych hasłach wyborczych, w przemowach przepełnionych frazesami, w demagogii a w indolencji i grze pozornych działań są już mistrzami.

Niestety, kiedy mają zrobić coś namacalnego i dobrze, z zachowaniem wysokich standardów jakościowych i pełnego zaangażowania  i poczucia odpowiedzialności oraz dobra społecznego, zaczynają się schody.

To jak podchodzą do tworzenia prawa woła o „pomstę do nieba”, sprawia, że “krew w żyłach zaczyna buzować i nagła krew zalewa człowieka”. Jakość tworzonego prawa jest od lat “beznadziejna”, ale to co teraz się wyrabia z przepisami wykonawczymi to nie mieści się w głowie. Niby formalnie procedura tworzenia prawa ma jakieś tam powiedzmy znamiona standardów europejskich i na tym kończy się „normalność”. Cholera człowieka bierze jak widzi “co odwala” władza wykonawcza  na etapie wprowadzania w życie ustawowych zapisów.

Wszystko się kleci (byle jak)  doraźnie kosztem rozwiązań systemowych. Choć  ewoluują realia ekonomiczne  i prawidła społeczne, choć prawo musi się dostosowywać do tych zmian, i sprawnie reagować na potencjalne zagrożenia albo niwelować negatywne zjawiska i  choć “należy spojrzeć prawdzie w oczy” i przyznać “z ręka na sercu”, że wysoki poziom częstotliwości nowelizacji musi mieć miejsce, to w żadnym razie nie usprawiedliwa to faktu, że kolejne nowelizacje potrafią być tak “totalnie spieprzone”, że załamują stabilność i czytelność systemu prawnego. Gorzkie łzy i zgrzyt zębami, taka jest reakcja Polaków przy każdym padającym pytaniu o stabilność prawa w RP. System rozwiązań w zakresie tworzenia prawa przypomina u nas chwiejące (rozchwiane) się drzewo, które po kolejnym huraganie(niskiej jakości nowelizacji) upadnie z hukiem. Przykładowo aby zobrazować jaki jest “syf i rozgardiasz” w tworzeniu prawa, należy wspomnieć chociażby, że w 2011 r. kodeks postępowania karnego nowelizowano jedenaście razy, natomiast kodeks postępowania cywilnego już dwanaście razy „przerobiono”.

Ale to jeszcze nic, wszystko wskazuje na to, że politycy tak naprawdę najlepiej znają się na destabilizacji państwa, na działaniach powodujących zachwianie nim w posadach, bo jak inaczej nazwać negatywne zjawisko jakim jest wielokrotne nowelizowanie ustaw jeszcze przed ich wejściem w życie. (kodeks wyborczy przed wejściem w życie poddano czterokrotnej nowelizacji), bo jak nazwać niezamieszczanie w nowych aktach prawnych przepisów przejściowych. (ludzie  mający swoje sprawy w toku, totalnie zaskakiwani są całkowicie nowymi regulacjami).

Swoje do „ogólnokrajowego syfu” dodają ministrowie poszczególnych resortów popisując się swoja indolencją i nieudolnością  przy okazji rozkładając powoli na łopatki państwo, paraliżując struktury państwa, przez  totalnie opóźnianie realizacji upoważnień ustawowych (na koniec 2011 r aż 128 rozporządzeń nie zostało wydanych).

To m.in. .z powody braku odpowiednich aktów wykonawczych do ustaw, nieustannie przesuwane są w czasie ważne dla społeczeństwa  projekty, później w efekcie zazwyczaj jest zwalanie winy na wyimaginowane problemy, rozmywanie odpowiedzialności, chowanie głowy w piasku ( „gówno warta” praca administracji rządowej powoduje m.in., iż, nie można także wdrożyć zintegrowanego systemu informacji o nieruchomościach itd. itd. Można tu mnożyć w nieskończoność skutki “olewania” nas przez kolejne rządy).

Wadliwe, szkodliwe społecznie, „zakichane na maksa”, takie są często przepisy, a przykładów jest bez liku. Prawo jest nieścisłe (luki błędy, sprzeczności)  i zbyt ogólnikowe, z brakującymi definicjami pojęć itp., to wszystko powoduje, że przepisy są interpretowane inaczej przez instytucje inaczej przez obywateli i jeszcze inaczej przez “inne instytucje”, a orzeczenia sadów są rozbieżne. Ale co nie mniej bulwersuje,  to sposób w jaki ministrowie potrafią „zbyć temat”, – banalnym tekstem w stylu – cyt.: „pracę się przedłużają bo to jest wyjątkowo skomplikowana materia”.

Niedawno pojawiła się afera z ekranami stawianymi przy drogach,  to nic innego jak rażący przypadek złych przepisów, tym razem autorstwa resortu środowiska. To „wypaczona twórczość” legislacyjna spowodowała, że znaczne pieniądze podatników zostały wyrzucone praktycznie w błoto, powtórzył się znowu typowy scenariusz,  a mianowicie zyskała tylko na tym tylko wąska grupa interesu.

Krajobraz został zeszpecony setkami kilometrów dźwiękoszczelnych  ścian w szczerym polu. Wciskano “bzdety” opinii publicznej, że takie są wymogi Unii Europejskiej, że taki jest ogólnoeuropejski trend, a teraz się dowiadujemy ze w Polsce normy hałasu należą do najwyższych w Europie.  Ale to pikuś w porównaniu z tym co jeszcze wymyślili nasi „twórcy prawa”, uznali, że wysokie normy hałasu obowiązywać mają poza wszelkimi zabudowaniami (1538 km dróg w szczerym polu z powody “gównianych” przepisów trzeba „za ekranować”).

Autor przepisów zachowuje się jak „rasowy polityk Rzeczpospolitej”, nie ma sobie nic do zarzucenia, ucieka od odpowiedzialności wymyślając  tłumaczenia, które wywołują tylko irytacje, bo ma się wrażenie, że robi się z opinii publicznej “jaja”. Minister środowiska w rządzie PiS prof. Jan Szyszko podobno uważał wtedy, że będzie “w-szycho ok”,  że takie normy są europejską regułą, sądził,  był bardzo, bardzo mocno  przekonany, że ekrany powstaną tam, gdzie jest duże zagęszczenie ludności. Oczywiście wszyscy politycy łapią się dopiero teraz za głowy (po budowlanym szczycie), choć problem był znany od lat.

Przez symbol głupoty i krętactwa, bo tak należy nazwać ekrany w polu, budżet strącił około miliarda złotych. Refleksje same się nasuwają, a mianowicie na drogi rzuciły się wpływowe grupy interesu wspierane przez „kreowane przepisy”, każdy z graczy liczył na swój kawałek tortu nie zważając na dobro społeczne (naraz niezbędne zaczęły być setki przejść dla zwierząt i ekrany dźwiękowe w polach itp.).

„Komitywa” była tak silna, że wszyscy uczestnicy bumu drogowego byli mocno przekonani, że jakoś to będzie, że na końcu wszystko się załatwi poprzez układy i wpływy. Tak myślały chociażby bezmyślne i nieodpowiedzialne firmy budowlane, które nie zwracając uwagi na rentowność, nie licząc się z tym, że ceny artykułów budowlanych się zmieniają, że realia ekonomiczne są zmienne, rzucały się na („przerastające” je) przetargi, proponując swoje ceny za wykonanie danej drogi “wzięte z kosmosu”, a teraz wszystkich w koło oskarżają (dając wyraz typowego szkodliwego egocentryzmu, zgodnie z maksymą “po trupach aby tylko się nachapać i wycyckać”).  Plączą nad “swoim losem”, i po cichu, już nie w świetle fleszów „umarzają” swoje długi dzięki “wielkoduszności” rządu, cedują swoja odpowiedzialność na barki społeczeństwa, bo przecież kiedyś może usłyszeli z ust prominentów, że jakoś to będzie.  W efekcie ponownie wrócą do gry a frajerskie społeczeństwo zapłaci za wszystko. Chronić i “pieścić” powinno się tylko naprawdę strategiczne podmioty gospodarcze o wielkim potencjale (m.in. kluczowe dla szeroko pojętego bezpieczeństwa funkcjonowania gospodarki).  Firm budowlanych, małych i dużych, mamy dostatek, jak upadną nawet te największe to tylko uzdrowi rynek, pozbędzie się  „gnijących jabłek” , takie oczyszczanie rynku wychodzi zawsze na dobre wszystkim.  Pozbędziemy się tych co psują rynek swoimi posunięciami i dają złe przykłady postępowań.

„Przekręty”  takie jak ten z  “ekranami-dźwiękoszczelnymi” to pikuś, świat polityki ma o wiele większe „ specyficzne umiejętności”, które co róż używa. Pamiętamy jak z dnia na dzień cukier stal się dobrem luksusowym. Wmawiano nam, że to jet ogólnoświatowy trend, że wynika to z zwiększających się kosztów produkcji produktów rolniczych na świecie  itp.. A prawda jest taka (niestety), że nasi politycy, nasi kochani „ojcowie narodu” zgotowali nam taką drożyznę, z powodu ślepej żądzy realizowania swoich prywatnych interesów i niektórych grup.

Trzy mld zł,  tyle co roku wyprowadzane jest z naszych kieszeni z powodu przepłacania za cukier. W Polsce handel i przemysł spożywczy za tonę cukru płaci producentom o ponad 100 euro więcej niż w Niemczech czy Francji (za gaz tez płacimy najwięcej w Europie na życzenie polityków, bo taką nam wytargowali cenę z Gazpromem, nasi “mężowie stanu” zapominali przez lata, że m.in. priorytetem państwa jest zapewnić bezpieczeństwo energetyczne kraju i jak najniższe ceny nośników energii,  a przecież to ma kolosalne znaczenie dla   rozwoju gospodarki i poziomu życia obywateli).

Z wyliczeń UE wynika, że spokojnie koszty producenta i godziwy zysk gwarantowałaby cena 404 euro za tonę. Resztę to taki ukryty nazwijmy to podatek (ekstra zyski grup interesu zaangażowane w procederze). Unia od jakiegoś czasu zaczęła przeregulowywac rynek (określa limity stawia bariery celne) co skutkuje, że coraz mniej jest cukru w poszczególnych krajach UE.  Choć “moce produkcyjne” spokojnie mogły by spowodować, że cukier nie tylko byłby tani ale jeszcze można by było zarobić na eksporcie. Ale niestety, w cukrze wywąchały interes „nietykalni”. Fakt UE zepsuła rynek (w 2005 spowodowała zmniejszenie produkcji we wszystkich krajach Unii Europejskiej o 20 proc.).

Ale prawda jest taka, że to nie przez Unie mamy aż tak drogi cukier, tylko na życzenie naszych polityków, to oni starają się ze wszystkich sił aby  UE nie podniosła nam kwoty produkcji. W Unii Europejskiej aż wrze, Komisja Europejska  pod coraz większym naciskiem konsumentów i Światowej Organizacji Handlu, chce znieść kwoty limitujące produkcję.

U nas cicho-sza,  rząd ucieka od podjęcia stanowiska.  W tej sprawie gabinet będzie zachowywał się jak „głuchoniemy” udając, że „nie wie co się dzieje”, tak naprawdę mając głęboko gdzieś interes 38 mln polskich konsumentów. Całą energie i zaangażowanie skupi na opiece, “niańczeniu”, ochronie 38 tys. plantatorów,  i koncernów zagranicznych (oraz łatwych pieniędzy z  Krajowej Spółki Cukrowej), z prostej przyczyny, bo ich interes jest zbieżny z ich interesem partyjnym, prywatnym interesem członków partii, oraz wpływowych grup.  Ludzie u steru władzy będą patrzeć niewzruszenie jak ceny cukru osiągają zawrotne ceny. PSL z wzbudzającym „podziw” zacietrzewieniem („do ostatniej kropli krwi”) będzie bronił swoich interesów,  w postaci pieniędzy, jakie wypompowuje z Krajowej Spółki Cukrowej, poprzez grupę ludowców obsadzonych na lukratywnych stanowiskach, w tej firmie. Pamiętajmy komu zawdzięczamy tak złodziejskie ceny cukru.

Istnieją w Polsce grupy zapewniając sobie i „potomstwu” dostanie życie niezależnie od swego zachowania i jego następstw. Na ich utrzymanie, co stało się już wręcz prawidłowością, składa się całe społeczeństwo (a w największym stopniu szarzy ludzie, którzy muszą każdego dnia walczyć o przetrwanie). Zgodnie z teorią tak zwanych gier pasożytniczych, im bardziej te grupy rosną i się bogacą tym bardziej przeciętny zjadacz chleba w RP będzie miał “przerąbane”, i co nie mniej zatrważające (i  wiejące grozą) jest to,  że „nietykalni” będą działać tak źle jak tylko mogą, bo to nie przysparza im kłopotów, wręcz przeciwnie ( im bardziej przepisy zagmatwane tym lepiej, z premedytacją “psuje się” prawo dla “zamawiających” wpływowych grup interesu, nadmiernie rozbudowuje się i tworzy nowe komórki organizacyjne na potrzeby “nietykalnych”  itp. itd.).

Rzeczpospolita to nasza ojczyzna,  albo się godzimy na to aby był to kraj „uprzywilejowanych i nietykalnych”, godzimy się na rujnowanie państwa przez  wadliwe prawo, pozwalamy na aktualny stan rzeczy na polskiej scenie politycznej, albo tworzymy z własnej inicjatywy silne struktury społeczne dbające o interes ogólnospołeczny, mające istotny wpływ na politykę ekonomiczną i społeczną kraju.  Mizerocie jaką sobą reprezentuje świat polskiej polityki, przeciwstawiamy się poprzez podejmowanie inicjatyw tworzenia od podstaw partii wolnych od kunktatorstwa, myśleniu wyłącznie w kategoriach dóbr partyjnych, potrafiących zadbać o państwo i społeczeństwo, traktując z pełną powagą i zaangażowaniem swoja misje społeczną rządzenia krajem (musimy powiedzieć nie – partiom które skupiają się na tym aby się jak najwięcej “nachapać” jak najmniejszym wysiłkiem, jakoś “przetrwać” do następnej kadencji, “nawciskać kitów” i obiecanek wyborcom, i tak od wyborów do wyborów trwać w bezruchu, udając, pozorując wykonywanie swoich obowiązków wobec obywateli  i pracy na rzecz kraju).

Na dzień dzisiejszy opozycyjne partie polityczne są skompromitowane, często dawały wyraz swojej nieporadności i nieudolności, indolencji i pozoranctwa, wstrząsane co róż aferami dyskredytującymi je w oczach społeczeństwa. Na tym tle partia Tuska, mimo tego, że kiedy poczuła się zbyt pewnie u steru władzy “totalnie  zbladł  jej  wykreowany blask” i zaczęła “staczać się na dno””, trzeba przyznać, że (niestety), jak na razie, to, mimo wszystko najmniejsze zło, jak na realia RP i aktualną polską scenę polityczną, chodź nie powinno się tego przyznawać, ponieważ partie zbyt “pochlebnie” odbierane przez środki masowego przekazu potrafią się migiem tak “rozpasać” i zdobyć poczucie bezkarności (m.in.PO), że zaczynają przerastać w patologicznych, negatywnych zjawiskach w swoich szeregach, konkurencje polityczną. Każda partia polityczna powinna “czuć na gardle” presje społeczną, a opinia publiczna ( m.in. środki masowego przekazu) nie powinna dać jej zapomnieć, że każda wpadka, każda afera, każdy przejaw indolencji, nieodpowiedzialności, braku zaangażowania, zostanie szybko rozliczony w wyborach (albo jeszcze szybciej).

 


VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0 (from 0 votes)
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • PDF
  • Blip
  • Flaker
ADMIN

About ADMIN

REDAKCJA SERWISU