Gdzie się podział prestiż gazety o „wyniosłej” nazwie „Rzeczpospolita”?

Gdzie się podział prestiż gazety o „wyniosłej” nazwie „Rzeczpospolita”?   Czyt: Co się dzieje niedobrego z gazetą, która z profesjonalnego pisma zamienia się, powoli, (“tylko i wyłącznie” z powodu pseudo-pracy […]

Gdzie się podział prestiż gazety o „wyniosłej” nazwie „Rzeczpospolita”?

 

Czyt: Co się dzieje niedobrego z gazetą, która z profesjonalnego pisma zamienia się, powoli, (“tylko i wyłącznie” z powodu pseudo-pracy części pionu publicystycznego) w stronniczego, podającego jednostronnością i wąskością poglądu „brukowca”?

 

Wpadka za wpadką, najpierw “afera trotylowa”, teraz „wywody” Pana Huberta Salika (czyt: „wypociny pseudo-intelektualisty”). Jakby było więcej tak “myślących” ludzi w Polsce to nastąpił by powrót stosunków z czasów Ziemi Obiecanej Reymonta. Coraz bardziej “intrygujące” jest pewne środowisko dziennikarskie “Rzeczpospolitej”. Jakieś karykaturalne „poczwary intelektu” zawładnęły tą redakcją. Potworzyły się za czasów „rządów PiS-u w Polsce” jakieś „zrzeszenia nawiedzonych dziennikarzy z pionu publicystycznego” z „teczuszkami” pod pachą pędzących na spotkania „kółek największych dziwadeł dziennikarskich w Rzeczpospolitej Polskiej”. Niektórzy z nich są tak pogrążeni w swoich „paranoidalnych ideologiach”, oderwanych od świata realnego, że aż litość się u człowieka  wzbiera nad „gryzipiórkami”.

PiS „posmyrał” co niektórym „rozdmuchane ego”. Za dobrych czasów, byli zapraszani na debaty publiczne do TV.  J. Kaczyński zaczynał ich „stosować” do celów politycznych,  na co ochoczo przystali ( do dzisiaj zasilają „front polityczny PiS”). Jak się czyta niektóre artykuły z działu publicystycznego,  to jak by się „słuchało” rzecznika partii Kaczyńskiego. Pomijam szkodliwe społecznie („chore”)  retoryki, np. jak straszenie Polaków Rosją, kreowanie nienawiści do sąsiadów Polski, czy artykuły ociekające ksenofobią i demagogią rodem z czasów Piłsudskiego. Wszystko to, m.in., pewnie dlatego, że tak „nagle” zostało im odebrane „miejsce na piedestale władzy pisowskiej”, i do dzisiaj nie mogą się z tym pogodzić („pozbierać”),  wylewając żal i zachowując się jak „nierozgarnięte i rozgoryczone dzieci” którym odebrano „zabawki życia”. Na dodatek to skrajnie niedorzeczne i irracjonalne (“a przede wszystkim populistyczne”) podejście do aktualnej rzeczywistości w Polsce.

Autora wpisu  „Proletariusze Internetu” („wrzutka” na ekonomia 24 – blogi gospodarcze) powinien  („raczej”) spotkać nieco podobny los co jego kolegów  od „trotylu”. Te całe „wypociny”, („bełkot”), zieją przede wszystkim „specyficzną ksenofobią”. Tak jak by były napisane na zlecenie skostniałych i betonowych grup „nietykalnych” w RP (sędziowie, prokuratorzy, adwokaci, radcowie, politycy, nauczyciele itd., itp.). Od lat próbuje się „wcisnąć ciemnej masie” tezę, że tylko wąskie grupy interesu mają „licencje” na ambicje, kariery, wyższy status społeczny, a „plebs” ma być tylko „dawcą krwi”. W efekcie mamy nieudolny wsteczny aparat państwa obsadzony przez niedouczonych „pseudo -intelektualistów”, którzy znając swoja niską wartość, umiejętności oraz wiedzę, będą bronili rękami i nogami swój „specjalny i wyjątkowy, nikomu innemu nie dany status”. Będą za wszelką cenę bronić sowich przywilejów, korporacji zawodowych i pasożytniczej pozycji w społeczeństwie. Za tymi wszystkimi „otoczkami”(„zawody zaufania publicznego”, „funkcjonariusze służb publicznych”, itp.) jakie na siebie narzucają „pseudo-inteligenci” kryje się strach przed konkurencją, przed trudnym niczym nie skrępowanym „wolnym rynkiem intelektualnym”.

Wszystko na to wskazuje, że po zmianach własnościowych gazety, (po przejęciu „pisemka” przez prywatny kapitał), prawdopodobnie do „kółek pseudo-pismaków” dołączyli dziennikarze piszący artykuły „na zamówienie”. To co sobie sponsor zażyczy (np. duże  kancelarie prawnicze itd., itp.) – to piszą. Na dużą skale wystąpiła w „Rzeczpospolitej” kampania „ratowania upadłych firm budowlanych”, które tylko swoją  „mega” nieodpowiedzialnością doprowadziły się do bankructwa (dawanie cen z sufitu za wykonanie drogi, nie liczenie się z tym, że ceny artykułów budowlanych się zmieniają,  podejście w stylu „jakoś to będzie”, „da się załatwić” itp.). Pewnie „kampania” miała na celu aby, (kolejny raz), na barki polskich podatników spadła odpowiedzialność za posunięcia menadżerów firm prywatnych i kolejny raz chciano społeczeństwo wydoić i wycackać. Również wciska się na siłę ściemę, że „z powodu ozusowania „umów śmieciowych’ załamie  się („straszliwie”) rynek pracy, co jest bzdurą. Wpiera się czytelnikom, że obniżanie kosztów pracy jest magiczną siłą uzdrowicielską (tzw. uelastycznianie rynku pracy). Zasypuje się łamy danej gazety masą tekstów, i lamentów lobbystów biznesu. Jest to „czysty zabobon”, porównywalny z wiarą w „czarodziejską” i uzdrowicielską moc upuszczania krwi – zalecany przez stulecia przez najtęższe autorytety.

Coraz bardziej rola ogólnopolskich związków zawodowych w gospodarce krajowej spychana jest na margines ( w przeciwieństwie do wpływowych i silnych związków branżowych, np. górników), zaczynaj być tworzone coraz większe obostrzenia, środki dyscyplinujące „tanią siłę roboczą”. Z drugiej strony rząd daje do ręki  dla szeroko rozumianego biznesu coraz więcej  narzędzi podwyższających rentowność działalności gospodarczej kosztem praw pracowniczych. Wszystkie te działania stosowane są pod przykrywką rozwoju gospodarczego kraju, ale zapomina się, że nierozważne „zajeżdżanie”(obniżanie płac itp.) „taniej siły roboczej” może doprowadzić do spadku konsumpcji, a to z kolei do “deflacji”(czegoś zbliżonego do tego pojęcia)  a w konsekwencji  to może obrócić się przeciw biznesowi (i rządowi któremu społeczeństwo „odpłaci się” już w najbliższych wyborach powszechnych).                                                                                                                                                                                                     (Choć należy nie zapominać, iż  „wielka deflacja” w polskich realiach ekonomiczno-gospodarczych raczej nie wystąpi, zważywszy na politykę rządu aby utrzymywać inflacje w miarę wysoką w celu  obniżania „wartości” spłat zaciągniętego długu publicznego, przy okazji drenując kieszenie obywateli, – spada „wartość” wkładów na kontach, rachunkach oszczędnościowych itp.. Dodatkowo wewnętrzny rynek w Polsce, który ma tendencje do pompowania cen, jest na tyle „ułomny”, że nierzadko import (mimo, że ceny sprowadzanych artykułów są dużo nisze od krajowych) nie ma często znaczącego wpływu na ceny produktów).

Pojawia się coraz więcej oznak recesji („barometr koniunktury w IV kwartale 2012 r. spada”, „samorządy w finansowej zadyszce”, „drastycznie zwiększająca się liczba bezrobotnych” itp., itd.), rządzący  coraz intensywnie szukają oszczędności, aby zachować „zdrowe” pułapy długu publicznego , ale to nie znaczy, że szukanie oszczędności ma się odbijać (jak zawsze) najbardziej na przeciętnym zjadaczu chleba w RP.

 

 

 

VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0 (from 0 votes)
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • PDF
  • Blip
  • Flaker
ADMIN

About ADMIN

REDAKCJA SERWISU