Polska nauka i kolej, wstydem narodowym?

Polska nauka i kolej, wstydem narodowym? Wbrew pozorom polskich naukowców i kolejarzy wiele łączy. Wyróżniają się alarmującą nieporadnością na tle swoich zagranicznych kolegów. W ostatnim dziesięcioleciu nauka jak i kolej […]

Polska nauka i kolej, wstydem narodowym?

Wbrew pozorom polskich naukowców i kolejarzy wiele łączy. Wyróżniają się alarmującą nieporadnością na tle swoich zagranicznych kolegów.

W ostatnim dziesięcioleciu nauka jak i kolej (spółki PKP i samorządowe) trawi pogłębiający się w zawrotnym tempie regres.

Zatrważająco niskie pozycje polskich uczelni w rankingach ( według listy szanghajskiej jeden uniwersytet mamy w trzeciej setce i jeden w czwartej). Tak dalekie pozycje zdradzają “urągający” stan polskiej nauki. Dużo mówi się o potrzebie konkurowania polskiej gospodarki z zagranicą, snute są plany zdecydowanie większego otwarcia polskich wyższych uczelni na współpracę z biznesem aby obie strony miały z tego wymierną korzyść (a przede wszystko państwo polskie i społeczeństwo). Niestety wciąż (mimo wszystko) nie do końca zdajemy sobie sprawę jak gigantyczny wpływ na rozwój gospodarczo – ekonomiczny i społeczny ma poziom polskiej nauki. Musimy sobie uprzytomnić, że bez modernizacji systemu nauki i szkolnictwa wyższego z edukacją na średnim i podstawowym poziomie, nie mamy co marzyć o spektakularnym rozwoju gospodarczym kraju.

Zapomnijmy o sukcesach na międzynarodowej arenie, dopóki nie skruszymy betonu mentalnego, nie pozbędziemy się garba dziedzictwa PRL (kulturowego i instytucjonalno-prawnego).

Co z osiągnięciami naukowymi (rzeczywistymi) w naszych realiach?

Dla polskich naukowców dorobek naukowy jest pojęciem wtórnym, nie jest wyznacznikiem kariery (prestiżu), bardziej skupiają się na stopniach i tytułach naukowych oraz pozycji w administracji. Nie rzadko zupełnie obce jest dla nich pojecie „konkurencyjności nauki”, gnuśnieją w okowach poprzedniego systemu, myśląc w kategoriach „tkwienia na lukratywnym stołku” (nie wymagającym zbytniego wysiłki intelektualnego), otaczania się „swoimi ludźmi”.

Obsadzanie stanowisk na uczelniach odbywa się, niejednokrotnie, podobnie jak na innych „arenach polskiego cyrku” ( w rozlicznych instytucjach, m.in. w urzędach). Notorycznie z wielką „finezją” aranżowane są spektakle nadawania pozoru konkursu, przykładowo na stanowisko adiunkta czy profesora staje częstokroć jedna osoba z „swojskiego chowu”, wcześniej namaszczona i „naznaczona” z grona „kolesi”. Gdy konkurs ma wymiar międzynarodowy (projekt finansowany z UE na stanowisko profesora z konkurencyjnym wynagrodzeniem), to w gruncie rzeczy, podobnie się odbywa, w „konkury” wystartuje jedynie kilka osób, w tym jedna spełniająca kryteria. W takich realiach, granicy z cudem  możliwość powrotu młodych Polaków po zagranicznych stażach podoktorskich, a mówienie o atrakcyjności i konkurencyjności naszych uczelni dla zachodnich naukowców, jest niesmacznym żartem. Nie sposób nie wspomnieć o nadmiernej biurokracji,  „bolączce” jaka trawi struktury państwa, a w wyższych szkołach znalazła doskonałe warunki do rozwoju.

Trzeba nie mieć zielonego pojęcia o grajdołku jakim jest „polska nauka”, aby sądzić, że uzyskanie międzynarodowych konkurencyjnych wyników prac naukowych ma znaczącą wagę, w tym „światku”. Wtajemniczeni wiedzą, że polskich naukowców absorbuje i „elektryzuje” zdobywanie stopni naukowych, promotorstwo prac doktorskich (taką postawę m.in. „lansują, charakterystycznie cudowne, polskie przepisy” dotyczące awansu naukowego), nie zaprzątają sobie głowy współpracą z zagraniczną kadrą profesorską, nie wyrywają się zbytnio do  kontaktów ze światem.

Środowisko kreuje tezę, że Polska za mało wydaje na naukę i szkolnictwo wyższe, co ciekawe wtórują mu co niektórzy dziennikarze. Według Katarzyny Skrzydłowskej-Kalukin,  w głównej mierze „winowajcą” sytuacji w polskiej nauce jest brak „odpowiednich” środków finansowych.  Oczywiście mają pochodzić z „skarbonki państwowej”, i dziwi się wszelkiej krytyce na łamach „Gazety Prawnej”, wmawia nam, że wcale tak źle nie jest, stosując naciąganą retorykę w stylu, „bywa gorzej,  „a w sumie to powinniśmy się cieszyć z tego co mamy”. Co jest tylko „rozwadnianiem” tematu, „mydleniem oczu” dla czytelników.

W czasie tegorocznej Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich, padały glosy zagrzewające rząd do pompownia w skostniałą i niewydolną polską naukę, (charakteryzującą się hibernacją umysłową”, swoistą „zmarzliną”), coraz większej puli pieniędzy (nagminnie „marnowanych”). Podniósł się lament o wynagrodzenia, padł zarzut o utrudnianie dostępu do środków na zwiększenie wynagrodzeń (wyznaczono je w rezerwie celowej). Uczestnicy starali się udowodnić, że potrafią gorliwie przykładać się do obowiązków, zapowiadając, że będą się pilnie przyglądać wydzieleniu środków przez ministra finansów. Duże zaniepokojenie wzbudził fakt, iż uczelnie („zbiedniałe” przez niż demograficzny, coraz mniej studentów do dojenia) nie dysponują środkami finansowymi na wkłady własne w projekty unijne, wszyscy zebrani zgodnie doszli do wniosku, że trzeba kasę na to wyciągnąć z „skarbca państwa”. Rektorzy również wyrazili dezaprobatę dla nadchodzących przekształceń szpitali klinicznych, wzburzenie wywołała groźba naruszenia beztroskiej sielanki klinik (gigantyczne długi, triumfator w dziedzinie zadłużania ma ponad 200 mln zł zaległości). Dotychczas zobowiązania finansowe były im nie straszne, bo wiedzieli, że i tak pieniądze podatników się na to znajdą. Po przekształceniu „klinik specjalnego traktowania” w spółki, ten patologiczny proceder może zostać ukrócony, dlatego zaczęło się lobowanie o przesunięcie terminu przekształceń .

Ludzie nauki, kadra wyższych uczelni zawsze będzie głosić opinie, iż niewystarczające środki finansowe Polska topi w ich „cyrku”, niezależnie od tego ile by dostali.

Warto wiedzieć:  W 2012 r. na naukę i szkolnictwo wyższe zaplanowano ponad 20 mld zł (7,6 mld na naukę). Dodatkowo w latach 2007 – 2012 – 4,1 mld zł z programów unijnych (POIG i POKL). Mało tego, nie zapominajmy o środkach przeznaczonych na badania naukowe i programy badawczo-rozwojowe z poszczególnych resortów (m.in. zdrowia, rolnictwa i rozwoju wsi, gospodarki, obrony narodowej, środowiska). Do różnorodnej gamy źródeł finansowania należy dorzucić jeszcze urzędy marszałkowskie, partycypujące w finansowaniu inwestycji w infrastrukturę i stypendia naukowe itp., itd.

Ważne: Ma się pojawić odpowiednie (“dobre”) rozporządzenie dotyczącego zasad oceniania osiągnięć naukowych wydziałów i instytutów, wszyscy z niecierpliwością czekamy.                                                                            

Nasuwa się pytanie, jaką korzyść z tego ( z nielimitowanego “pompowania ciapy” w uczelnie) ma gospodarka, państwo, społeczeństwo?

Miliardy złotych nieefektywnie przelewają się przez „polski świat nauki”, bierny, nieporadny, wyspecjalizowany w grze pozornych działań, kunktatorski, z mizerną inicjatywą badań naukowych, stroniący od prac naukowych z zachowaniem wysokich standardów jakościowych i pełnego zaangażowania  i poczucia odpowiedzialności oraz dobra społecznego (dochodzi do  irracjonalnych sytuacji, okazuje się, że marny projekt, z nieprzekonywującą oceną, dostanie i tak wsparcie z podobnego programu).

Uczelnie program dydaktyczny zamiast dostosowywać do zapotrzebowanie pracodawców i rynku, podporządkowują pod zatrudnioną kadrę. Struktury wyższych szkół w znikomym stopniu odbiegają od pierwowzoru stworzonego w “realnym socjalizmie”. Mamy tu ten sam schemat modelu zarządzania (archaiczny i nieefektywny), powtarzający się w wielu instytucjach RP. Na rektora wybierany jest „wyhodowany swój człowiek”. Wybrany „towarzysz” (w ramach demokracji rodem z Polski Ludowej), ma skrępowane ręce i jest poniekąd zakładnikiem Senatu, elektorów, profesorów i pracowników. Wniosek jest oczywisty, należy narzucić  aby rektor był desygnowany przez rząd (gabinet daje kilku kandydatów, z których wyłaniany jest rektor, przez uczelnie , wtedy uwolniony od nacisku wewnętrznego restrukturyzuje ją).

 

Przechodzimy do polskich kolei, PKP SA.

Tymczasem kolej jest w „dramatycznym” stanie, od lat narasta proces uwsteczniania. Moloch na glinianych nogach (Grupa PKP podzielona na spółki córki), uformowany mentalnie w socjalistycznym systemie,  nie rozumiejący zasady wolnorynkowych (przewozów), konkurencyjności, chyli się ku upadkowi. Niepokojące statystyki wypadków na kolei, które dosadnie wskazują na kiepski stan infrastruktury (Dane z końca 2011 r. rozwiewają wszelkie wątpliwości, niemal jednej trzeciej podkładów kolejowych termin żywotności wygasł. Stan 87 procent urządzeń do sterowania jest w stanie tylko dostatecznym). Na domiar tego pracownicy kolei pracują w zupełnym oderwaniu od etosu pracy. Przez brak poczucia odpowiedzialności dyscyplinarnej i niefrasobliwość,  giną pasażerowie na kolei (nierzadkie przypadki wpuszczenia pojazdu na zajęty tor).

Tylko sama spółka PLK wygenerowała w 2011 roku aż 598 mln zł straty netto. Wyłącza się, w ramach oszczędności, z ruchu tory, które generują straty, (  ok. 2 tys. km. nie jest używanych, prawdopodobnie wzrośnie do 5 tys. km).  Wyłania się pytanie dlaczego nie rentowne?

Jeżeli niska frekwencja pasażerów na trasie, lub koszt przewozu przekracza dochód z biletów, to zrozumiałe. Ale jeżeli  przede wszystkim powodem jest przerost w etatach do obsługi toru. Trzymanie rzeszy zbytecznych pracowników, co drastycznie rzutuje na rentowność usługi, archaiczne rozwiązania techniczne, niedostosowanie składu do specyfiki linii (np. brak szynobusów itp., itd.), nieracjonalne wydatki na nośniki energii, niegospodarność, „wywindowane” ceny za udostępnienie linii, to mamy do czynienia z patologią (w wielu odmianach). W takim przypadku trzeba, rozliczyć wszystkich odpowiedzialnych za ten stan rzeczy (wskazane potraktować winnych z należytą surowością). Skala nieprawidłowości w PKP jest ogromna, świadczy o tym obfitość artykułów prasowych  na ten temat. Niedawno wewnętrzny audyt w PKP InterCity, „sprowokował” do działania prokuraturę (Zarząd PKP wniósł zawiadomienie), wyszła na jaw aberracje przy przetargach na naprawy i czyszczenie wagonów. “Anomalie na polskiej kolei” nie mają prawdopodobnie swojego odpowiednika w świecie, ujawniono patologiczną politykę kadrową.  Na liniach, które “obumierają” (kilka przejazdów w skali miesiąca), pracuje przy ich obsłudze kilkadziesiąt osób, nagminnie dublują się struktury, prymitywne (z „poprzedniej epoki”) rozwiązania technologiczne (np. sterowanie ruchem).

“Nie tak dawno” powołany Prezes PKP SA, zamierza zoptymalizować działalność spółek PKP, oddalić groźbę utraty płynności, przeprowadzić restrukturyzacje zatrudnienia, dostosować je do wymogów wolnego rynku, zmienić specyfikę działania na konkurencyjność, generowanie zysku i utrzymywanie jak najwyższego poziomu rentowności, usprawnić zarządzanie, wyjść naprzeciw oczekiwaniom klientów (pasażerów), i należy mu w tym kibicować. Oraz trzymać kciuki za powodzenie w procesie rozprawienia się z „dyktaturą związków zawodowych”(innym bulwersującym przykładem, to związki zawodowe górników, czy Związek Nauczycielstwa Polskiego). Samowola związków należy złamać, bo tylko stanowcze posunięcia w celu uzdrowienia sytuacji na kolei przyniosą zamierzony skutek. Związki powinny istnieć i walczyć o “powszechne” prawa pracownicze, (jeżeli dochodzi do ich naruszania), a nie bornic zjawisk patologicznych (m.in. “pasożytniczych przywilejów”). Nie powinny decydować o sposobie zarządzania, formie prawnej, strategii przedsiębiorstwa, celach i zadaniach przedsiębiorstwa, polityce personalnej. W przeciwnym razie będzie dochodziło do niespotykanych rozmiarów przerostu etatów, dystansowania się do potrzeb klientów, tworzenia nieformalnych układów, oderwania od ekonomicznych podstaw funkcjonowania podmiotu, eskalacji żądań płacowych nie współmiernych z dochodami spółek i  ich założeniami  rentowności, inwestycji, rozwoju, powodując powolny rozkład, degradacje, unicestwienie firmy,  itd. W sukurs dla Prezesa Grupy PKP idzie rząd, wszystko przemawia za tym, że chce wesprzeć  go w wymienionych powyżej celach nowelizując ustawę o restrukturyzacji PKP. Rząd rozpoczął prace nad projektem nowelizacji ustawy o komercjalizacji, restrukturyzacji i prywatyzacji PKP oraz prawa upadłościowego i naprawczego oraz ustawy o transporcie kolejowym. Jednym z najistotniejszych zmian w noweli będzie możliwość  ogłoszenia upadłości spółek przewozowych (PKP Intercity, Przewozy Regionalne i PKP Cargo).

Nadrzędny celem na kolei powinien być wysoki poziom usług (m.in. komfort, konkurencyjny czas przejazdu w relacji do opcjonalnych ofert przewozowych, bezpieczeństwo, czystość, miła obsługa, dostosowanie torów do „kolei dużych prędkości”). Dopasowanie kosztu przejazdu, do rynku przewozowego, aby był interesujący w stosunku do alternatywnych możliwości (rywalizujący z innymi  formami transportu). Restrukturyzacja, która zapewni rentowność na godziwym poziome, przy jednoczesnej obniżce cen za udostępnienie torów, (wysokość ceny ma odpowiadać realiom rynkowym, przyciągać kontrahentów, obecnie ceny dla przewoźników towarowych w Polsce są o 75 proc. wyższe niż w Niemczech i Austrii). Wprowadzenie spółek PKP na giełdę (przekształcenie dotychczasowej formy prawnej przedsiębiorstwa w spółkę akcyjną), zachowując kontrole skarbu państwa(co jest szalenie istotne mając na względzie specyfikę tego rynku, groźbę “wrogiego przejęcia” czy “zarznięcia” przez “konkurencje europejską”, lub stworzenia “wydmuszki” wyprowadzającej zyski do “zagranicznych macierzy”), pozwoli to dekapitalizować, stworzyć ład korporacyjny (zasady zarządzania i nadzoru). Tylko przy spełnieniu powyższych elementów strategii, Grupa PKP ma szanse być przedsięwzięciem dochodowym, oddziaływać pozytywnie (pośrednio) na rozwój gospodarczy i społeczny RP (obniżka kosztów transportu torowego, podniesienie komfortu życia Polaków itp.).

Pozostaje zmienić podejście rządu do posunięć gospodarczo-społecznych, aby myślał w kategoriach, iż na pierwszym miejscu należy stawiać dobro ogółu społecznego ( 35 mln obywateli,  konsumentów, „usługobiorców”) a interes wąskich grup (zawodowych itp.) ma być temu podporządkowany.

Nie trzeba być nadmiernie spostrzegawczym aby zauważyć wiele wspólnych cech struktur polskiej nauki i kolejowego przewoźnika PKP S.A. Chociażby: regres, „opłakany stan”, zaniechane reformy, „nostalgia do PRL”, „beton mentalny”, garb dziedzictwa Polski Ludowej (kulturowy i instytucjonalno-prawny), „otaczanie się kolesiami”,  hibernacja umysłowa” („zmarzlina”), biurokracja w administracji, skostniałość, niewydolność, bierność, nieporadność, „gra pozornych działań”, kunktatorstwo, „nie występowanie kreatywności”, brak wysokich standardów jakościowych i pełnego zaangażowania, struktury w znikomym stopniu odbiegające od pierwowzoru stworzonego w minionym socjalizmie, archaiczny i nieefektywny model zarządzania, itp.

Nie dajmy się wciągnąć w tok rozumowania w stylu, że „inni maja gorzej”, w powielanie schematu porównywania się do tych „gorszych” (Polskę zestawia się z  krajami, które są w regresie, głębokim kryzysie), zamiast „lepszych”. Tak właśnie postępują nasi politycy dla wybielenia wizerunku, dla „rozwodnienia” negatywnych zjawisk, dla „rozmycia” patologii, które „wstrząsają” co róż krajem. Musimy dawać wyraz sprzeciwu dla destrukcyjnych postaw decydentów, nie szczędząc krytyki ( “ukrócając” populizm, i demagogie działaczy politycznych), nie dlatego, że Rzeczpospolita Polska jest „be”, ale dlatego aby nie powielać błędów innych krajów i opierać się na „najlepszych wzorcach”. Nie dajmy sobie narzucić podejście, że “bez krytyki (szkodliwych zjawisk w kraju nad Wisłą) można się obejść” (wtedy rząd , podmioty publiczne, prywatne, organy państwowe, organizacje, itp. czuły by się zupełnie bezkarne).

VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0.0/10 (0 votes cast)
VN:R_U [1.9.11_1134]
Rating: 0 (from 0 votes)
Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Google Bookmarks
  • PDF
  • Blip
  • Flaker
ADMIN

About ADMIN

REDAKCJA SERWISU